Kolejnego dnia odwiedzili mnie w pracy i w połowie dnia wybraliśmy się w poszukiwaniu szlaku na górę, którą widać z okna naszego mieszkania. Góra nazywa się Stroumboulas i ma około 800 metrów. W zasadzie odkąd tu przyjechaliśmy, marzyło nam się z Piotrkiem żeby się na nią wspiąć.
W końcu znaleźliśmy drogę i oczywiście prowadziła wąskimi, krętymi uliczkami. U podnóża góry stał dom, przy którym stał starszy pan. Pan niestety nie mówił po angielsku, ale na migi pokazał, że nas trochę podprowadzi.
I tak szedł z nami bardzo długo prowadząc nas między drzewkami oliwnymi. Próbowałam mu po grecku powiedzieć, że damy sobie rade bo głupio nam było, że starszy pan musi iść z nami. Ale on cały czas mówił, że nie i szedł dalej, zresztą miał chyba lepszą kondycję niż my. Po jakimś czasie okazało się, że była bramka którą dla nas otworzy i pokazał gdzie mamy iść dalej. Wspinaczka nie była bardzo trudna, ale szło się coraz ciężej. Były momenty, że ledwo szliśmy, oczywiście oprócz Piotrka który skakał po skałach jak kozica :P. Na szycie znajduje się kościółek, w który tej zimy uderzył piorun. A dookoła jak zawsze piękne widoki, tylko wszystko w dalszej odległości zasłaniał pył z Afryki, który przywiało akurat tego dnia. Więc na pewno jeszcze powtórzymy tą trasę :)
Na dół zeszliśmy w zasadzie w ostatniej chwili, bo wszystko spowiły chmury i gęsta mgła.